Mój pierwszy byk

To był mój pierwszy selekcjonerski sezon. W maju 1983 roku, za łaską św. Huberta zdobyłem pierwsze parostki, a to już jesień i rozpoczyna się rykowisko. W piękne słoneczne popołudnie wybraliśmy się na polowanie z kolegą, właściwie przyjacielem Władkiem i młodym stażystą Czesławem.

mój pierwszy bykPojechaliśmy jako fryce bez żadnego doświadczenia w jelenich łowach, ale Władek, starszy stażem łowieckim ode mnie o pół roku, choć jeszcze bez uprawnień selekcjonerskich twierdził, że byka strzelę na pewno – był dla mnie autorytetem.

Wrześniowy wieczór zachodził ciepły i smętny. Mgły zasnuwały uprawy i nasz podchód zakończyliśmy przemoczeni po kolana od rosy. Postanowiliśmy nie wracać do domu. Jutro niedziela, nic nas nie goni. Rozpaliliśmy ognisko, rozłożyliśmy jakieś koce na ziemi, jakieś dery, które w każdym bagażniku się taszczą. Znalazły się kiełbaski na patyk i godna nalewka, a wszelkim opowieściom zrodzonym z tęsknoty za przygodą nie było końca. Gdzieś daleko, jak akord zachodzącego słońca, jękliwie odezwał się byk.

– To nie u nas – stwierdził Władek i zaraz po tym, jak grzmot, zaryczał odzew z naszej strony. Wiedzieliśmy gdzie on jest, byliśmy tam dzisiaj. Zrobiło się zupełnie ciemno i tylko gwiazdy mrugały na dobranoc. To było to miejsce, gdzie niedawno upolowałem mojego pierwszego koziołka. Jeszcze tak bardzo świeże wspomnienia, myślami błądziłem wokół tego przeżycia. Koledzy pochrapywali w półśnie. Znowu odezwał się byk, gdzieś dalej drugi i zaraz rozpętały się chóry organistów. Rykowisko, czy można oddać jego czar? Atawistyczny lęk przed ciemnością, chęć walki, zdobycie, władza i pożądanie? Pobudzili się koledzy, słuchaliśmy jakby nierealnego koncertu. Nierealnego, bo przeniesionego z mroków powstania życia, z mroków istnienia tych wielkich, mocarnych rogali, z mroku dziejów. Trudna do wytłumaczenia u zwierząt chęć władzy, żądza posiadania, aż zapominamy, że tam są właśnie nasze korzenie. Brzask nadchodził, uciszał się ten jedyny w swoim rodzaju spektakl, milkli aktorzy krwawych rozgrywek. Gdzie są zwycięzcy? Gdzie zwyciężeni?

Usłyszeliśmy chlupot wody w rzeczce i jakieś bolesne stękniecie. Ach to jeden z pokonanych. Ale i za chwilę jakieś lubieżne mlaskanie, tam władca haremu sprawiedliwą odbierał nagrodę. Byliśmy w środku teatru życia, wewnątrz rykowiska. Nawet ogień i dym z ogniska nie mogły zakłócić odwiecznego rytmu natury.

Mrok jaśniał, a mgły gęściej las otuliły. Chłód zaciągnął od wody, przeciągnąłem się głośno aby pobudzić kolegów.
– Cicho – syknął Władek.
– One gdzieś tu są.
I w tym momencie huknął głośny strzał u sąsiadów za rzeczką. No, to możemy zbierać się do domu, stwierdził i zaczął składać koce. Ale sztucera jeszcze nie chowaj, zajrzymy na pola. Wsiedliśmy do auta. Widno zaczęło się robić gdyśmy przyjechali na bolemińskie pola. Władek zatrzymał samochód.
– Trzeba obświecić przez lornetkę – stwierdził.
– Stój! Coś jest, chyba dzik. Nie, to jeleń!
Tam na oziminie były woliery hodowlane drobiu i zza tej woliery wysunął się byk. Już widziałem, że to byk.
– Strzelaj… – Syczy Władek, a ja liczę odnogi na wieńcu i ciągle wychodzi mi inna liczba i trzęsę się cały i lornetka mi drży i tchu złapać nie mogę, a on mnie ponagla. Nich go diabli! Przecież to pierwszy mój byk, moje pierwsze polowanie na rykowisku. Opieram się o drzewo, teraz widzę wyraźniej. Byk jest w drugiej klasie, takie mam zezwolenie, tyki bez korony, na pewno nieregularny ósmak. Czy na pewno? Coś jakby było jeszcze na prawej tyce, no i jest sam bez chmary, bez łań, nie bierze udziału w rykowisku – selekt. Wspaniałe zwierzę odwraca się w stronę lasu, podnosi grzywiastą, szlachetną w swej postaci głowę i pilnie oczy, coś go niepokoi, bo spina się jak do skoku. Krzyż lunety naprowadzam na kark, ale nie mogę utrzymać, przenoszę na komorę, wstrzymuję oddech, serce mam w gardle, w głowie, w rękach, wszędzie. Nie strzelę. I w tym momencie palec dotyka napiętego spustu. Grom Mannlichera rozdziera poranek, grzmot strzału brutalnie wdziera się w rytm natury, ale takie jest prawo drapieżcy, prawo łowcy.

Przeładowuję broń, podchodzę bezradny do samochodu.
– Mamy byka! – Wrzeszczy Władek.
– Mamy byka, widziałem jak dostał!
Ale ja nie zgadzam się na natychmiastowe poszukiwania, niech napisze testament, niech w tym momencie przejścia do innego świata, do innej kniei, nic go nie niepokoi, niech mu towarzyszy tylko zapach drzew, kwiatów i świergot ptaków, które go ukołyszą do snu, niech jego zamglone oczy widzą tylko błękit nieba. Obeszliśmy szmat lasu, a gdy po godzinie stanąłem na zestrzale i miałem rozpocząć poszukiwania znowu zaschło mi w gardle. Szedłem po ciężkim, głęboko odciśniętym tropie, Władek z lewej strony, a Czesiek z prawej. Teraz prześwit, polanka. Bez lornetki widzę na tle zieleni podszytu brązowy kształt i sterczącą w niebo tykę.
– Leży – wyszeptał Władek.
Nawet na takiego cynika podziałał ten szczególny moment. Nie wiem czemu przekładam sztucer na pas przez plecy. Wolno podchodzę do byka, oni zostali na skraju polany. Przez delikatność nie odbierają mi tej wyjątkowej chwili intymności. Klękam na oba kolana u jego głowy, a on jest taki ogromny, tak wielki, taki wspaniały ma wieniec. Znowu zaczynam dygotać z jakiejś niemocy. Łzy żalu, szczęścia i dumy popłynęły mi po policzkach z wielkiego natłoku wzruszeń. Władek podchodzi, zdejmuje mi kapelusz i całuje w głowę, ściska mi rękę, gratuluje, wręcza złom ale też łzy ociera, dla niego to także wielkie przeżycie. Siedziałem przy tym byku długo, oni poszli niby po samochód ale też i po to bym mógł się pozbierać. Teraz dopiero głową pokłon do ziemi w podzięce św. Hubertowi, ostatni kęs do pyska zwierza, złom gałązki na ranę postrzałową „pieczęć”, bo za wstążką kapelusza „złom” od Władka już miałem.

Oglądam wieniec, głaskam delikatnie, jest ciepły, żywy, liczę odnogi. Na lewej tyce tych długich ponad pięć centymetrów ma trzy: jest oczniak, nadoczniak, opierak i przy grocie dwucentymetrowy odrostek, a więc widlica, na lewej ma tylko trzy, jest oczniak, opierak i grot, dla mnie wystarczy. Niech sobie gadają, że to ósmak, dla mnie to zawsze będzie dziesiątak, mój pierwszy byk, najważniejszy, najpiękniejszy, a jego grandle oprawione w srebrze pierścienia myśliwskiego przypominać mi będą zawsze o tym polowaniu.

Dali mi dużo czasu, przyjechali po godzinie, a gdy po wszystkich niezbędnych ceremoniach zasiedliśmy w domu do biesiady z daniem głównym – wątróbką pod nalewkę, ziściły się moje sny. I choć wiedziałem, że ta knieja uboższa będzie o jedno istnienie, to wszechpotężna natura wkrótce wypełni lukę, jak wszystko w przyrodzie – życie krąg zatoczy.

Jego wieniec króluje nad moim biurkiem w gabinecie myśliwskim, a w rozłodze są parostki trzech koziołków. Mojego pierwszego, najważniejszego i dwóch niemniej ważnych, znaczonych szczególną pamięcią. Nasze godło też znalazło tu swój azyl. Podarowany, metalowy orzeł z drzewca jakiegoś sztandaru, jeszcze bez korony, namaścił tego króla mocarzy swym blaskiem, uwił w rozłodze swoje gniazdo.

A działo się to 26 września 1983 roku o godzinie 4.45 rano.

DARZ BÓR

Mirosław Jerzy Więckowski, Słońsk, wrzesień 2009.